Jadwiga Staniszkis
Przedstawiany czytelnikom dokument – prognoza US Intelligence Community do 2025 roku – jest tekstem w swojej wymowie dramatycznym. W dużej mierze dlatego, że autorzy, mający dostarczać informacji i analiz ośrodkowi władzy w najpotężniejszym państwie świata, przyznają, iż w raporcie poprzednim, sprzed pięciu lat (do roku 2020), pomylili się w wielu kwestiach i nie przewidzieli nie tylko obecnego kryzysu, ale również gwałtownego przyspieszenia szeregu niekorzystnych tendencji. Jak sami piszą, dziś nie są już pewni, czy owe tendencje (w sferze energii, produkcji żywności czy zmian klimatycznych) nie przekroczyły wartości krytycznych, po których ich odwrócenie może okazać się niemożliwe. A interakcje między owymi tendencjami w połączeniu z postępującym rozszerzeniem władzy i malejącą zdolnością do efektywnej współpracy międzynarodowej mogą spowodować chaos w skali globalnej.
Dla mnie dramatyzm tego dokumentu to także nieprzyznanie przez autorów raportu, że większość dotychczasowych działań Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników na Bliskim Wschodzie czy w Afganistanie przyniosła efekty odwrotne do zamierzonych. Pomoc materialna wzmocniła tylko tradycyjne klanowe struktury zajmujące się jej dystrybucją. Tymczasem słabe państwa nie są w stanie zapewnić porządku bez obecności sił interwencyjnych, co tylko nakręca spiralę przemocy i sprzyja dalszej neotradycjonalizacji. Z kolei – jak piszą – wycofanie się NATO z Afganistanu byłoby nie tylko przyznaniem się do klęski (co zniszczyłoby Sojusz), ale doprowadziłoby do opanowania tego terenu (i całej Azji Centralnej) przez wojska grupy szanghajskiej (Chiny – Rosja), co mogłoby zmienić niekorzystnie sytuację geopolityczną i ekonomiczną w skali świata. Dlatego autorzy raportu przyznają, że nadzieją na opanowanie sytuacji w tym regionie jest nie tylko demokratyzacja (to słowo rzadko pada w raporcie), ale także narodowe siły zbrojne zdolne zapobiec dalszej plemiennej fragmentacji i wojnie domowej. Czyli rozwiązanie, które – pisząc przed laty o sytuacji w przedputinowskiej Federacji Rosyjskiej – określiłam jako "formę wojskową bez militarystycznej treści". To właśnie rozwiązanie, wprowadzone później przez prezydenta Putina, zapobiegło rozpadowi Federacji i dalszej anarchizacji po kryzysie w 1998 roku.
Z perspektywy mieszkanki Europy najdramatyczniejsza wydaje mi się jednak teza raportu, iż – relatywnie – największymi przegranymi do 2025 roku mogą być nie Afryka czy Iran (w obu tych przypadkach – z różnych powodów – autorzy są optymistami), ale Unia Europejska i Japonia, obie w rezultacie tych samych mechanizmów: braku woli, inercji, egoizmów narodowych blokujących radykalne reformy, które pozwoliłyby skutecznie stawić czoło globalnym wyzwaniom, niezdolności do innowacyjnego wykorzystania własnego potencjału ekonomicznego
i intelektualnego, niechęci zamożniejszych krajów do poniesienia koniecznych ofiar w sferze konsumpcji (i przesunięcia znaczniejszych środków na inwestycje w nowe technologie i naukę), małej zdolności do współpracy i wreszcie bardzo szybkiego w obu wypadkach starzenia się populacji.
Prezentowany czytelnikom raport, ukończony w listopadzie 2008 roku, dotarł do mnie pod koniec lipca 2009 roku, już po tym, jak złożyłam do druku w wydawnictwie Prószyński i Media własną książkę Antropologia władzy. Zajmuję się w niej z jednej strony "po-lizbońską", słabnącą Europą (bo nawet przyjęcie traktatu nie przywróci już nieodwracalnie skorodowanego – również przez kryzys – początkowego impetu, entuzjazmu i wzajemnego zaufania), z drugiej – globalnym kryzysem jako zjawiskiem umożliwiającym wprowadzenie nadzwyczajnych regulacji. Lektura raportu utwierdziła mnie w przekonaniu, iż w obu kwestiach miałam rację. Opisywana w mojej książce innowacyjna formuła władzy zawarta w traktacie mogła zrewitalizować Europę i odwrócić grożącą jej, sygnalizowaną w raporcie degradację geopolityczną i geoekonomiczną. Zawarta w mojej książce analiza strategii wobec kryzysu (głównie w USA i Chinach), skonfrontowana z zagrożeniami formułowanymi w raporcie, potwierdza, że rzeczywiście – po pierwszym szoku kryzys umożliwił (już po listopadzie 2008 roku, gdy ukończono raport) podjęcie radykalnych kroków pozwalających odwrócić niektóre przynajmniej zawarte w prognozie niekorzystne tendencje. Narzuca się wręcz wniosek, że to – opisywane przeze mnie – wykorzystanie kryzysu jako sytuacji regulacyjnej musiało być poprzedzone lekturą prezentowanego tu raportu.
Po pierwsze więc kryzys okazuje się korzystny dla USA z trzech przynajmniej powodów. Ze względu na napływ środków finansowych inwestowanych m.in. przez tzw. suwerenne fundusze, który pozwala Stanom zachować kontrolę dolara nad krytyczną masą rezerw i transakcji. A możliwość utraty takiej kontroli, według autorów raportu, oznaczałaby dla USA utratę globalnej władzy, swobody manewru i uczyniłaby znacznie kosztowniejszymi interwencje zewnętrzne. Dalej – kryzys, tworząc nowe węzły decyzyjne na styku władzy publicznej i sektora finansowego (po interwencji państwa w bankach) w połączeniu z radykalnym obniżeniem – na skutek kryzysu – aspiracji konsumpcyjnych klasy średniej, pozwala przesunąć olbrzymie środki na inwestycje w nowe technologie.
Jak sugerowałam w swojej książce, pokazując skalę nowego budżetu zbrojeniowego w USA (mimo kryzysu), a także ścisłą współpracę wojska, nauki i biznesu, będą to zapewne inwestycje w technologie podwójnego zastosowania. Może to pomoc w stawieniu czoła opisywanym w prognozie wyzwaniom rozwojowym.
Owa reorientacja (a raczej regulacja w interesie najnowocześniejszych branż, gdy poprzedni kryzys, po atakach terrorystycznych w 2001 roku, służył branżom tradycyjnym w obszarze energii i zbrojeń) przesunie środki inwestycyjne z Azji na Zachód, utrzyma Chiny i Rosję na dystans i być może pozwoli utrzymać zagrożoną, jak piszą autorzy prognozy, dominację Zachodu.
Po drugie, wymuszona przez kryzys strategia Chin, czyli reorientacja na rynek wewnętrzny, wykorzystanie zacofania jako źródła energii oraz reformy (w tym początek reformy rolnej) osłabią ekonomiczną pozycję lokalnej partyjnej nomenklatury i wzmocnią klasę średnią. A to leży nie tylko w interesie Chin, ale również Zachodu.
Paradoksalnie zatem to, co się dzieje w świecie już po opublikowaniu prognozy (i co się stało możliwe dzięki kryzysowi wykorzystanemu przez ośrodki decyzyjne w USA funkcjonujące na zasadzie "drzwi obrotowych" między biznesem, polityką i wywiadem), zostało zapewne ułatwione przez alarmistyczny ton tego raportu, choć jego autorzy ani skali kryzysu, ani owych nadzwyczajnych regulacji (świadomie eksploatujących kryzys, aby przełamać instytucjonalną inercję oraz polityczny i społeczny opór) nie przewidzieli! Już zresztą wcześniej Amerykanie używali kryzysu jako sytuacji pomagającej przeprowadzić radykalne zmiany – choćby w końcówce zimnej wojny. Również napięcia w relacjach finansowych (i nadużywanie przez USA uprzywilejowanej sytuacji na rynkach walutowych ze względu na status dolara) w latach 70. doprowadziły do radykalnego zacieśnienia integracji europejskiej przez rozpoczęcie procesu wprowadzenia euro jako wspólnej waluty. Tu również motywacje stojące za posunięciami ekonomicznymi miały podtekst polityczny. Nigdy jednak nie podjęto na taką skalą jak obecnie próby wykorzystania kryzysu jako okazji do przebudowy nie tylko modelu kapitalizmu, ale też całej sceny globalnej.
Na tle sygnalizowanych wyżej zagadnień prezentowany czytelnikom raport zawiera wiele interesujących analiz szczegółowych dotyczących sytuacji w poszczególnych regionach świata.
Zaskakuje optymizm dotyczący przyszłości tzw. łuku niestabilności, szczególnie w Afryce. Autorzy dostrzegają tam pozytywne tendencje w wykorzystaniu sytuacji demograficznej (znaczna liczba młodych ludzi) dla rozwoju. Niestety obecny kryzys, koncentrując – jak pisałam – inwestycje globalne w sektorze najnowszych technologii, może ów trend przerwać. Podobnie optymistyczni są autorzy w kwestii Iranu, dostrzegając tam nie tyle sekularyzację, ile reinterpretacje islamu przez część duchowieństwa, czego wyrazem jest wprowadzenie m.in. wątków średniowiecznego mistycyzmu. Owa intelektualizacja islamu może w wymiarze politycznym obrócić się przeciwko jego populistycznej, ludowej wykładni prezentowanej przez obecne władze Iranu.
Wzmocni też pozycje wykształconych, zurbanizowanych grup społecznych. Ten interesująco przedstawiony w prognozie wątek wpisuje się – o czym już autorzy nie piszą – w bardziej ogólny model opisany przez Ernesta Gellnera, wyjaśniający ciągłość i zmianę w świecie islamskim (i trwałość tej tradycji) właśnie przez taką oscylację między ludową i elitarną jego wykładnią.
Krytycznym elementem dla takiej ewolucji Iranu (leżącej w interesie Zachodu) jest strategia Izraela. Jeżeli teraz zaatakuje urządzenia nuklearne Iranu, proces ten zostanie przerwany. Charakterystyczne, że w listopadzie 2008 roku, już po zakończeniu prac nad prognozą, prezydent George W. Bush, który z pewnością był jednym z pierwszych jej czytelników, zablokował plany izraelskie dokonania takiego ataku.
Jednym z najciekawszych wątków raportu są przewidywania autorów, że – najogólniej – rola religii we współczesnym świecie będzie rosła. Przy gwałtownie słabnących państwach, nieskuteczności organizacji międzynarodowych i dramatyczności globalnych zagrożeń tylko kościoły będą zdolne do szerzenia nauki dającej nadzieję i pocieszenie. Właśnie wokół megakościołów (wykorzystujących współczesne techniki komunikacyjne) – przy bezradności polityki i końcu ery ideologii – będą się skupiały próby samoorganizacji społecznej dla przetrwania.
Interesująca w prognozie jest również analiza nowego typu wojen, które zredukują obecną asymetrię w sferze uzbrojenia. Nawet bowiem niewielkie grupy wykorzystujące nowe technologie informacyjne mogą zakłócić dowodzenie operacjami wojskowymi i radykalnie zdezorganizować kluczowe dla nowoczesnych społeczeństw obszary (giełda, masowy transport, dyspozycja przepływem energii, ruch samolotów). Nieuchronna jest również – zdaniem autorów – proliferacja, czyli przenikanie do terrorystów broni nuklearnej. Z drugiej jednak strony optymizm w kwestii Iranu oraz przekonanie o krótkich (40-letnich) falach terroryzmu (który stopniowo wygasa, bo traci poparcie społeczne ze względu na zbyt wiele ofiar w samych społecznościach islamskich), powoduje, że autorzy prognozy uważają, iż zagrożenie terroryzmem będzie stopniowo wygasało.
Podsumowując, ton prognozy jest bardzo pesymistyczny (szczególnie w kwestiach żywności, energii, wody i klimatu). Autorzy uważają bowiem, że zbyt późno podjęto radykalne Przedmowa do wydania polskiego i wymagające kolosalnych nakładów rozwiązywanie tych kwestii. Nie przewidzieli jednak, że pewną pozytywną korektę może wnieść tu obecny globalny kryzys wykorzystany świadomie jako sytuacja nadzwyczajnej regulacji. Autorzy prognozy uważają, że nowe odkrycia (m.in. w sferze inżynierii genetycznej i biotechnologii wspomagających ciało i umysł człowieka oraz – ogólnie – to wszystko, co się składa na "nową ekonomię") zwiększą dodatkowo lukę między najbardziej rozwiniętymi krajami a resztą świata. Powstanie też luka w sferze edukacji i badań, której już nie da się zasypać. Podzielam ten pesymizm i obawiam się, ze postkomunistyczna Europa również może spaść z obecnego statusu pół-peryferii do peryferii i nie wejść w nowy, pokryzysowy cykl globalizacji, oparty na odmiennym modelu inwestycji i technologii.
Jednym ze sposobów uniknięcia tej marginalizacji (ale też sygnalizowanej przez raport marginalizacji całej Europy) mogłaby być próba powrotu do projektów ściślejszej integracji, i to w kształcie – nie do końca zrozumianym – jaki proponował traktat przenoszący tożsamość UE na poziom całego pola możliwych indywidualnych kombinacji norm i prawa, z silnym podkreśleniem elementu etycznego. Lepsze wykorzystanie potencjału intelektualnego i gospodarczego całej Unii (bez zamykania się w granicach państwowych), rozszerzenie na obszary strategiczne (Turcja, Ukraina), wreszcie gotowość do poświęceń w imię inwestycji w nowe technologie (które znoszą różnicę potencjałów – ważniejszy jest ogólny rozwój niż tradycyjna broń) to dla Starego Kontynentu warunek przetrwania. Inaczej nastąpi regres, schyłek, dekadencja i – podział Europy.
Jadwiga Staniszkis
Jadwiga Staniszkis - polska socjolog, politolog, profesor Uniwersytetu Warszawskiego i członek Polskiej Akademii Nauk, publicystka. Zajmuje się głównie szeroko pojętą socjologią polityki, a także socjologią ekonomiczną i socjologią organizacji. W sferze jej zainteresowań znajdują się problemy transformacji politycznej, gospodarczej i społecznej w Polsce oraz Europie Środkowej i Wschodniej, teorii realnego socjalizmu i postkomunizmu, a także globalizacji.